Blog
Nie taki diabeł straszny...
Ignatius
Ignatius Entuzjasta Hard'n'Heavy i nie
0 obserwujących 424 notki 147810 odsłon
Ignatius, 3 maja 2017 r.

Corruption: Pussyworld (2002) - Recenzja

54 0 0 A A A
Pussy quest above the all
Pussy quest above the all

Na przełomie wieków Corruption pod przewodnictwem niestrudzonego Anioła tuła się po świecie koncertując i poszukując odpowiedniej stajni. Po drodze dochodzi do poważnych zmian personalnych. Jeszcze w 1998 roku w roli wiosłowego Gootka zastępuje Paweł ‘Elektryczny’ Kubik. Dwa lata później Djabła zastępuje Rufus, w tym samym roku Corruption występuje w roli headlinera podczas IX edycji festiwalu Negative Zone w rodzinnym Sandomierzu. Początek nowego wieku wiąże się z rozpoczęciem pracy nad nowym materiałem, po ukończeniu pozostała tylko formalność w postaci znalezienia chętnego wydawcy. Po kilku miesiącach poszukiwań, w końcu się to udaje, wcześniej Corruption obchodzi swoje dziesięciolecie istnienia. Nowe otwarcie w działalności ekipy Anioła, wiąże się również z przyjęciem konwencji okładek. Kojarzyć się mogą, z bardziej frywolną wersję komiksowego stylu jakie cechowały okładki Kurczaka.

Jak tylko odpalimy ten krążek, od razu wciągnięci zostajemy w burzę piaskową, pomieszczenie w której słucha się Pussyworld (2002) w połowie pierwszego kawałka zamienia się w piaskownicę, fotel w ruchome piaski, by niewiele później budynek staje się prywatną pustynią. Więcej tu piachu chyba niż na pustyni Błędowskiej, zdecydowanie Corruption odnalazł swoje brzmienie, organicznie brzydkie, brudne, takie 101% rock’n’rollowe. W „Wardog” łagodny, ułożony (acz z odpowiednim pazurem) tłamszony jest przez ścianę gitar, przez którą ledwo przedziera się zgiełk perkusyjnych tąpnięć i szelestu talerzy – specjalność Melona. Szybka, ciężka, bezpardonowa stonermetalowa nawałnica. Największym szokiem dla starych fanów musiała być radykalna zmiana od strony wokalnej – Rufus przy Djable i P.Hornie brzmi – może nie jak niewiniątko, ale była to zdecydowanie nowa jakość, która naturalnie współgrała z stoner metalowym brzmieniem zespołu.  Drugim strzałem jest „Junkie”, który kontynuuje woltę, acz jest tu więcej kombinowania, tłusto dudni basiur Anioła, motoryczne, rwane riffy, szybka praca perkusji. Utwór ma „łagodniejsze” przejmujące zjazdy, o posmaku psychodelizującym (zwłaszcza gitary lubią kwaśno odjechać) – słychać, że od ostatniego albumu długogrającego chłopaki przerzucili się z używek (lub zaczęli stosować inne proporcje). Warto skonfrontować jak pierwotnie brzmiał ten i inne utwory na promo Junky (1998). Spuszczono troszeczkę z tonu w trzecim kawałku pt. „Wasted” – melancholia wdarła się w muzykę skorumpowanych. Tak łagodnie jeszcze zespół nigdy nie brzmiał, łagodnie i smutno – utwór jest niemal balladą, jednak napięcie przez cały czas trwania powoli rośnie, hipnotyzujący riff, przedzierająca się solówka, zenit osiąga w zbrutalizowanym finiszu, gdzie wokal ociera się nawet o growl – co jest naprawdę ewenementem na tej płycie. Po porcji smętów wracamy do wściekle zajadłej matni – „Manitou” – pierwsze co tytuł skojarzył mi się z kawałkiem Venom o takim samym tytule, ale to autorski kawałek równie poniewierający. Zwłaszcza perkusja Melona bezlitośnie wgniata w ziemie. Transowy puls całego akompaniamentu i te rytualne nawoływanie tytułowego bożka w refrenie, sprawiają, że można się zatracić w pierwotnym, nieskrępowanym rytmie.

Retrofriendly efekt smażenia czarnej płyty… Lets’go  zaprasza Rufus – no to jedziemy w przyjemnym średnio szybkim tempie. „Die Young” to pierwszy tak przebojowy kawałek na płycie – lubi się za człekiem ciągnąć po odsłuchu. Nie ma co żongluje grupa nastrojami, dzięki czemu Pussyworld (2002) jest tak dynamiczna, nie ma mowy o monotonni. Wokalista pokazuje, że potrafi ryknąć ale i zaśpiewać konkretnie. W „Whispering” witają nas pulsujące riffy, zaraz zaczynają się przewijać, lejące się odpryski gitarowe. W zasadzie tyle lub aż tyle, bardzo niezobowiązująca porcja muzyki – dopiero w połowie mamy krótkie, zgrabne wyciszenie, gdzie wokalista na wyżyny łagodności aby po chwili rozmyśleć się i ryknąć. Kto by pomyślał, „Witcher” - kawałek o wiedźminie nagrany za nim to było modne. To już konkretne zmetalizowane, wręcz thrashowe wymiatanie. Jeden z najbardziej intensywnych momentów płyty. Zresztą jest to nie jest odosobniony przypadek skażenia thrashem (co nie raz objawić się będzie na tej i kolejnych pytach… tzn. płytach Corruption). Basowe wstawki perkusyjne toporne wymiatanie, mieszanka potu i testosteronu wycieka z głośników. W połowie utworu, kontrolowany chaos rozładowuje się, w bujającym pasażu.  Specyfika pracy wiedźmina nie należy do lekkich więc po chwili znów wpadamy w bitewny szał. Tytułem największej jazdy tego krążka jest „Pussy Quest & Chain Saw Hash”, psychodeliczne intro, delikatne meandry gitary, kwaśna harmonijka przygrywająca całości i odpalony zostaje ponury, nerwowy riff, który będzie rżnął i rżnął. Niczym piła łańcuchowa w tytule, przez następne siedem minut skrupulatnie poddawani będziemy nieuchronności jej ostrza. Infekujący akompaniament jest w zasadzie „tylko” przygrywką dla lirycznej mantrującej halucynacji. Od razu wpadamy w wir opowieści, oczekując niecierpliwie jej finału.

Next time I saw the chain saw

Saw the chain saw over my head

Next time I felt the chain saw

Felt the chain saw in my bed

And then I heard the knocking

Heard the knocking at my door

When I opened it I spotted

Seven dwarfs and one big whore

Odpalanym silnikiem zaczyna się kolejny po „Ðie Young” hymn młodości – „Never Get Old”. Jest to zajadła petarda z wspaniałymi thrashowymi wymiatającymi pasażami ale i łagodniejszymi, zawadiackimi riffami. Zdecydowanie wygrywa rozanielony (trochę przejaskrawiony) zaśpiew. 

The dead are looking at you

So never get old

W tym wypadku jednak bardziej mi leży pierwowzór z 1998 roku, zwłaszcza pod kątem wokalnym.W podobnym riffowym klimacie jest osadzony „The Day After”, cięższe brzmienie gitar i momentami rozkrzyczane wokale. Jest to najbardziej zróżnicowany i rozbudowany utwór na płycie, w połowie raczeni jesteśmy radosnym galopem, co chwile dławionym wolniejszymi partiami. Trzecią częścią kawałka jest długi finisz oparty na gitarowych ciężkich tąpnięciach. Końcówka posiada wstawki przypominające humor jaki dominował na poprzedniej płycie Bacchus Songs (1996). Jako deser zespół przywołuje standardy ciężkiego grania zaprezentowane w skorumpowanym stylu, mowa tu o rozwleczonej wersji „Paranoid” i „Perfect Strangers” w obu przypadkach chyba nie trzeba przedstawiać twórców oryginałów, ot miły dodatek.

Pussyworld (2002) to dla Corruption nowe rozdanie – można powiedzieć, że to drugi debiut. Album ten jest tak mocny i spójny, że uznać go można za opus magnum. Nie ma tu wypełniaczy, album ten można katować w kółko i w kółko bez obaw, że nam się uleje (za to macie murowane trzeszczenie piachu między zębami). Niestety następne albumy już nie będą miały takiej siły rażenia, na szczęście nadrabiać będą czym innym. Trudno w to uwierzyć, ale krążek ten ma już 15 lat! 


Skomentuj Obserwuj notkę Napisz notkę Zgłoś nadużycie
NEWSY - TOP 5

Ostatnie notki

Najpopularniejsze notki

Ostatnie komentarze

  • To dobra propozycja na tytuł goregrindowego albumu ;)
  • Co do Aerosmith miałem podobnie, wybrałem się na nich, żeby odhaczyć kolejne dinozaury,...
  • Gdyby drogi czytelnik, czytał uważnie wyłapałby pewien niuans, który widocznie w emocjach...

Tagi

Tematy w dziale Kultura