Blog
Nie taki diabeł straszny...
Ignatius
Ignatius Entuzjasta Hard'n'Heavy i nie
0 obserwujących 424 notki 147810 odsłon
Ignatius, 28 kwietnia 2017 r.

Metalmania 2017 - Relacja

584 4 0 A A A
Gasną światła i rośnie krzyk...
Gasną światła i rośnie krzyk...

Gasną światła i rośnie krzyk,

Płomień w oczach, za chwile ryk.

Stają serca przed pięknym snem,

Widzę scenę a na niej już jest...*

Katowice Spodek 22.04.2017 godzina 11:00 Metalmania 2017 wystartowała! Na scenie drugiej, znanej lepiej, jako „scenie pod schodami” – aż się dziwię, że obyło się bez ofiar… Święto metalu rozpoczęło się inauguracyjnym koncertem śląsko-dąbrowskiego zespołu Mentor, który jest dziełem muzyków znanych z działalności w takich grupach jak Thaw, Furia, J.D. Overdrive. Była to mieszanka oldschoolwego thrashu blacka – wszystko zagrane na starą modłę, ale za to, z jakim polotem. Mentor promuje swoją debiutancką płytę Guts, Graves and Blasphemy(2016). Był to zacny początek, co prawda ludzi było jeszcze wtedy jak kot napłakał, (co przez lokalizację nie było znowuż taką wadą). Zdecydowanie lepiej się bawiłem na Mentorze niż na otwierającym dużą scenę Animations, który zagrał mdło – możliwe, że to przez niedomagające brzmienie, które będzie bolączką nie takich wymiataczy. Szkoda, też, że Mentor grał zaledwie półgodziny, śmiało powinni grać cały set.

Organizacja i inne atrakcje
Najnormalniej w świecie była typowa, stoiska uginały się od różnego rodzaju dobra, co było powodem płaczu dla właścicieli portfeli. Standardowo można było nabyć płyty, gadżety ubrania (festiwalowe koszulki bardzo szybko wywiało)  po np. rogi do picia różnych trunków. Za wszystko to można było płacić także kartą.  Ceny były przyzwoite nie licząc kilku wyjątków jak np. gadżety Samaela.  Na każdym kroku można było spotkać muzyków biorących zarówno czynny udział (np. CETI, Vader, Moonspell) jak i bierny Corruption, Frontside, Roman Kostrzewski promujący książkę itp. 
Dzięki opaskom można było spokojnie opuścić Spodek, tam czekały różnego rodzaju foodtracki (podobno brakło hot-dogów przed 21). Na terenie spodka współczułem pewnej pani od obwarzanków, która musiała przeżyć niezły dysonans poznawczy urzędując, niemal naprzeciwko nieszczęsnej małej sceny. Będąc narażonym na dźwięki takiego Stilborn, Mord’a’Stigmata czy wesołków z Impaled Nazarene - wiele z tych zespołów powinno grać na dużej scenie.  Wspomniana scena pod schodami jest skandalem samym w sobie - biorąc pod uwagę to, że zespoły miały zapłacić za możliwość tam zagrania. Inna sprawa, że niestety nie poukładano harmonogramu w idealny sposób -aby na spokojnie móc zaliczać małą i dużą scenę. Trzeba było biegać z jednego koncertu na drugi a i pośpiech nie gwarantował, że się wszystko zobaczy (zanim człowiek się przedarł przez tłum i przecisnął pod schody. Szczęśliwie obyło się bez technicznych wpadek, nie licząc obsuwy Furii (padł wzmacniacz basowy) Ambiwalentny stosunek mam do chyba niewystarczającej ilości ochrony - chyba ze się skubańcy nie rzucali w oczy. Nie było miejsca na nadgorliwe wyganianie ludzi, jak chcieli przysiąść na chwile na schodach - z drugiej strony właśnie, dlatego mam wątpliwości czy z formalnego punktu widzenia było to w porządku. Na tegorocznej Metalmanii bawiło się miedzy 3000 -3500 osób i z tego, co widziałem nie było jakiś spektakularnych ekscesów czy chamstwa, chodź i pewnie takie incydenty mogły się zdarzyć.   Średnia wieku coraz starsza, dużo było osób w mocno dojrzałym wieku, nie brakowało młodych adeptów oraz cały rodzin z dziećmi włącznie.    To, co zdecydowanie nie wypaliło to dobór headlinerów, jednak narzekania osób nieszczęśliwie się ziściły. Naprawdę już rozumiem skąd się brał jęk ludzi jak tylko ujawniono, kto zagra. Z drugiej strony w porównaniu z kilkoma edycjami sprzed przerwy, nie odstaje tak bardzo, ( ale zapewne jest to kwestia gustu). Jednak reszta trzymała poziom nierzadko mile zaskakując. Nie rozumiem najeżdżanie na Orbitowskiego za jego konferansjerkę – nie żeby była szczególnie porywająca, zabawna czy błyskotliwa – grunt, że była zwięzła. Malkontenci nie pamiętają chyba zawodnika, który zapowiadał koncerty na Metal Hammer Festiwal w 2011…  Ostatecznie nie żałuję i poniżej spróbuję przybliżyć swoje wrażenia.


Metalmania przynosi sny,

Metalmania zabiera nas dziś.

Dziki puszysty kotek

Pierwszym zagranicznym gościem byli weterani N.W.O.B.H.M. – Tygers of Pan Tang. To był zdecydowanie najbardziej klasycznie heavy metalowy koncert tejże edycji festiwalu. Wejście mieli iście pompatyczne, składające się z dwóch intro – pierwsze zabawne, w postaci starej piosenki o puszystym kotku, drugie już słuszne, wprowadzające w nastrój pompatycznymi dźwiękami. Set ze względu na ograniczenia czasowe (niestety bolączka tego typu imprez), był okrojony, ale i tak można było, chociaż skosztować w klasycznym materiale Brytyjczyków z dwóch pierwszych płyt: Wild Cat (1980) i mającym znamiona kultowości wśród zagorzałym fanów zespołu: Spellbound (1981). Słychać było szybką ewolucję jakościową zespołu, który gonił ówczesne gwiazdy nowej fali brytyjskiego heavy metalu – „Gangland” i „Hellbound”z drugiego albumu tygrysów to było już solidne patataj – do tego stopnia, że stateczna publiczność zaczęła się budzić i żwawiej ruszać - nawet pierwszy solidny mosh został uskuteczniony. Zespół oczywiście nie skupiał się tylko i wyłącznie na starych kawałkach, musieli trochę po promować swoją ostatnią płytę Tygers of Pan Tang (2016) zapodając singlowego „Only the Brave”, który był specjalnie zadedykowany dla rozpoznanego, pod sceną fana, który przyjechał specjalnie z Rosji na ten koncert. Jak komuś było mało bardziej klasycznych, melodyjnych dźwięków, mógł wrócić na małą scenę i skonfrontować się z poznańskim Thermitem. Jest to młody, charyzmatyczny zespół, który przy użyciu minimalnych środków potrafi robić zacne show – aż się ciśnie analogia do początków Iron Maiden, – kto wie jak się losy Thermita potoczą? Wokalista Trzeszcz (Tomasz Trzeszczyński – człowiek, który być może jest szczerzej znany z uczestnictwa w jednym z talent show… czy czymś takim) wyskoczył w gumowej masce (zupełnie nieprzypominającej Eddiego) i zaczęło się thrash/heavy szaleństwo zatytułowane „Zombie Lover ”. Rzeczywiście to, co rzuca się w uszy to wokalny potencjał Trzeszcza – dzięki takim wokalistom, można być spokojnym o przyszłość klasycznie metalowych gardeł, w naszym kraju. Zresztą pochodzenie zobowiązuje. Zespół promował podobnie jak Mentor swój pierwszy długograj – Saints (2016) i z tego, co słyszałem warto się mu przyjrzeć bliżej. Słychać było entuzjazm i to, że cały zespół doskonale się bawił, a atrakcje w postaci wrzucenia kowadła (sic) w publiczność – sprawiała, że publiczność też zarażała się pozytywnymi emocjami. Oczywiście z kowadła nic nie zostało, podchodami w momencie zrobiło się biało od styropianu – to się nazywa rock and roll! Gitarzyści Jendras i Młody, co miłe kultywują tradycji pojedynków na solówki i naprawdę nie kiepsko im szło. Oprócz kawałków z długograja przypomniana pod koniec utwór z singla z 2014 pt. „Night Driver”, który jest sądząc po reakcji fanów jest przebojem tego zespołu.

Skomentuj Obserwuj notkę Napisz notkę Zgłoś nadużycie
NEWSY - TOP 5

Ostatnie notki

Najpopularniejsze notki

Ostatnie komentarze

  • To dobra propozycja na tytuł goregrindowego albumu ;)
  • Co do Aerosmith miałem podobnie, wybrałem się na nich, żeby odhaczyć kolejne dinozaury,...
  • Gdyby drogi czytelnik, czytał uważnie wyłapałby pewien niuans, który widocznie w emocjach...

Tagi

Tematy w dziale Kultura