Blog
Nie taki diabeł straszny...
Ignatius
Ignatius Entuzjasta Hard'n'Heavy i nie
0 obserwujących 416 notek 144830 odsłon
Ignatius, 20 kwietnia 2017 r.

Corruption: Bacchus Songs (1996) - Recenzja

108 0 0 A A A
The female's poison my dear...
The female's poison my dear...

Corruption to synonim polskiej zawziętości, przekory, determinacji, wytrwałości. Historia tego zespołu jest w gruncie rzeczy tożsama, z wieloma innymi podobnymi z przełomu lat 80/90. W tym miejscu przytoczyć można wiele przykładów zespołów, które w nierównej walce z ówczesnymi realiami pokotem przekreślane były marzenia młodych grajków. Z perspektywy czasu widać, że przetrwali najsilniejsi, wśród nich wywodzący się z Sandomierza Corruption. Powołany do życia w 1991 roku przez lata wydawał demówki, by w końcu w 1995 roku zadebiutować albumem długogrającym. Dziś może trudno w to uwierzyć, ale pierwsza inkarnacja zespołu osadzona była gdzieś na stykach death i doom metalu – czyli w zasadzie zgodnie z panującą wówczas modą. Niniejsza recenzja poświęcona jest równie zapomnianej pozycji jak te z lat 1991-1995. Bacchus Songs (1996) to album, który ukazał się tylko na kasecie magnetofonowej (ubiegłoroczne wznowienie również ograniczyło się do pierwotnego nośnika). Drugi album w dyskografii zespołu stanowi stylistyczną rewolucję i to nie tylko wewnątrz zespołu ale i na skalę… krajową. Ta niepozorna kaseta zawiera bodaj pierwszy w Polsce materiał, który można nazwać stoner metalem. Uprzedzam nie jest to oczywiście stoner w czystej postaci, jaki znaleźć można na kolejnych płytach. Ale to właśnie na Bacchus Songs (1996), doom metalowa larwa zaczyna się przepoczwarzać, będąc zawieszonym na interesującym styku kilku podgatunków muzyki metalowej.  

Pierwszą bachusową pieśnią jest „As Horses Overdrive”. Pierwsze o sobie znać dają do bólu patetyczny wstęp syntetyczno-symfoniczno-kiczowaty, typowy dla nagrań z tamtego okresu.  Utwór się szybko rozwija i okazuje się zaskakująco rozbudowanym kawałkiem, z sekundy na sekundę oddalając się od pierwszego skojarzenia germanofilskiego klimat metalu. Duża w tym zasługa bełkotliwego głosu wokalisty P. Horne’a i partii instrumentalnych, która skutecznie stopniowo rozładowuje napięcie. Można zaryzykować stwierdzenie, że w to właśnie w tym kawałku zespół ostatecznie wybiera drogę, którą podąża do dnia dzisiejszego. Przyjmuje się, że jest to pierwszy polski zespół, który postanowił spróbować szczęścia w kalifornijskim, pustynnym brzmieniu.

Tytuł „Lubricant Rain” – mówi w zasadzie wszystko, totalny odjechany wesoły początek, z czasem sytuacja się zagęszcza, pojawiają się pierwsze psychodelizujące wstawki (siermiężne ale jakże dzięki temu urokliwych), finał iście jadowity i poroniony. Z utworu na utwór robi się co raz bardziej rock’n’rollowo, „Sweet Misery” z żartobliwym skandowaniem ,w języku ojczystym - zwulgaryzowanego określenia,  męskiego organu moczowo-płciowego (ileż to się człowiek musi rozpisać, aby silić się na subtelność). Utwór kipi od klasycznych, zabójczych riffów – interesująco się robi zwłaszcza w połowie kawałka, tuż przed finalną szajbą, jesteśmy miło walcowani starym dobrym doom metalowym wałkiem.

Hey...Bacchus will never die

Tytułowy kawałek to jest małe arcydzieło, jeden z najlepszych rzeczy jakie ten zespół popełnił. Niesamowity nastrój, kokietowanie Anioła swoim basiurem, który przekomarza się z gitarowym riffem Thrashego. Parapeciarz Mirosław Mróz „wybija” transowy hammondowy rytm. Sample z wzajemnym wyznawaniem swoich uczuć dopełnia reszty. Coś dziwnie infekującego jest w tym kawałku, snuje się potem za człowiekiem tydzień. Już dla tego kawałka warto odkurzyć tę taśmę. Pierwszą stronę zamyka ponad siedmiominutowy walec pt. „I Distend”, utwór również uduchowiony hammondowym namaszczeniem, zdecydowanie bardziej toporny i przyciężkawy kawałek. Gardłowy P. Horne bulgocze na nieustannie ohydnym poziomie. W pewnym momencie zaczyna się dłużyć, z odsieczą przybywa wyczekiwany punkt kulminacyjny, który ma druzgocącą siłę rażenia – riff totalny.

Drugą stronę otwiera „Freaky Firday” instrumentalny kawałek, wzbogacony różnymi ozdobnikami i odgłosami budujący kwaśny klimat. Partie gitary basowej, które przeplatają się np. z dzwonami, soczysty transogenny riff, tak szczęśliwie podobny do tego z finału utworu „I Distend”. Następny w kolejce czeka „Ernesteine”, znów bardziej niezobowiązujące, wyluzowane granie. Bardziej radosne riffy, bardziej przewiewna struktura, pijackie klimaty – dużo na cześć Bachusa musiało być poświęcone trunków wszelkiej maści.

Rise abowe my sweetness

Rise abowe your bitterness

Rise abowe my utility

Rise abowe the laws of fuckin misery

Kolejną wycieczkę w rejony bardziej klimatyczne jest „Ride the Dragon”, dziwna, quasiballada, klawiszowiec czaruje tajemniczą aurą, subtelne partie basu, smutne jęki gitary, specyficzna, pełna żałości maniera gościnnego wokalisty Djabela, który mocno kontrastuje z bestialstwem P. Horna. Ciągnie się tak ten utwór jak flak kozie (w najlepszym tego słowa znaczeniu),

Największą jazdę widocznie zostawiono na koniec, „Meryphilia”, gitary klasycznie sobie poczynają, przygrywa frywolny hammondzik i dla urozmaicenia tego i tak bardzo smakowitego kawałka jest udział szczytującej Pani, która przez większą część utworu wyraźnie zaznacza swą obecność w coraz intensywniejszy sposób. Po tym najbardziej powalonym na kasecie kawałku, wrzuceni zostajemy w zupełnie odmienne klimaty, zbliżone do tego jaki miał na początku utwór otwierający. Monumentalny, „Der Ubermench” to marszowy utwór z deklamacją w szwabskim języku. Skandowane tytułowe słowa o nadczłowieku razem z instrumentalną grozą jaka wyziera z tego utworu robi wrażenie, zwłaszcza, że zespół tak beztrosko żongluję nastrojami. W połowie następuje wyciszenie, długi delikatny pasaż Anioła zamyka całość. Na kasecie znaleźć można jeszcze wątpliwy dodatek w postaci hałaśliwego studyjnego wygłupu.

Bardzo ciekawa pozycja w dyskografii grupy, kto wie czy nie najodważniejszy album jaki do tej pory został przezeń poczyniony. Szkoda, że album ten nie doczekał się szerszej dystrybucji - po latach może razić niewybredna jakość nagrania (co dla miłośników oldschoolowych wynalazków nie stanowi problemu), dla szerszego grona może być nie do przejścia. O potencjale Bacchus Songs (1996) świadczy najlepiej fakt, że ponad połowa utworów została przez zespół wykorzystana na płycie Virgin’s Milk (2005), nawet okładka Pussyworld (2002), nawiązuje do tej, która „zdobi” recenzowaną pozycję  – dlatego tym bardziej polecam zapoznać się z pierwowzorem.  

Skomentuj Obserwuj notkę Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Tematy w dziale Kultura